Daję głos

Anatomicznie czy duchowo…

 

Anatomicznie czy duchowo, organoleptycznie czy za pomocą serca… Ilu ludzi, tyle rożnych spojrzeń na otaczającą rzeczywistość. Jedyne właściwe? Nie istnieje, choćbyśmy bardzo się przy swojej wizji upierali.

Patrząc na mieszkających wokół mnie rodaków czasem mam wrażenie, jakby żywcem przeniesieni zostali z lat 50. Wprawdzie zdają już sobie sprawę, że świat się zmienił, ale nadal kurczowo trzymają się tradycji. Niedziela w kościele, w ciągu tygodnia ciężka fizyczna praca, a jak mawiał A. Hopkins w „Human Stain” – działanie jest wrogiem myślenia. Raz na jakiś czas telefon do rodziny w ojczyźnie. Im dłużej przebywają tu, tym rzadziej dzwonią tam. Wieczorami piwko albo tania wódka, nie znają innych sposobów spędzania czasu, nikt nie powiedział im, że można inaczej. Często przy boku „amerykańska żona” lub „amerykański mąż” – określenia te zostały stworzone właśnie przez polskich emigrantów. Tak nazywają tych, z którymi związali się po przyjeździe do USA, pomimo posiadania małżonka/ki w ojczyźnie.

Przecież nikt nie powie o sobie, że ma kochankę czy babę, oni mówią o sobie mąż i żona. Jeśli ktoś nie jest pewien, to tylko pyta czy to „amerykańska” żona, i od razu wszystko jasne.

Hipokryzja jest tradycją chyba najżarliwiej kultywowaną przez polonusów. Każdy katolik, każdy w niedzielę na mszę, a to że normalnie dupczą nieślubną/nieślubnego aż wióry lecą, jest ok. Idą do spowiedzi, przyjmują komunię i nazywają się katolikami. Najśmieszniejsze jest, że sami nie dostrzegają komizmu sytuacji.

Ktoś im kiedyś wmówił, że wiara katolicka, małżeństwo i monogamia to prosta recepta gwarantująca szczęśliwe życie.

W głowie nie mieści się im, że można inaczej, a tego nie uczy ksiądz z ambony.

Niepojęte jest dla nich, że można dać się związać, pozwolić napluć w twarz i zerżnąć wszystkie możliwe dziurki, będąc przy tym trzymaną mocno za włosy.

Po wszystkim przytulić się i powiedzieć jedno drugiemu „kocham cię”…

Wprost niepojęte…

 

 

Mnie to nie dotyczy…

 

Ile razy zdarzyło ci się pomyśleć, że ciebie to przecież nie dotyczy?

Nie dotyczy, bo masz dobrą pracę, nigdy nie próbowałaś/próbowałeś narkotyków, jesteś porządny. Przecież to się przytrafia tylko ludziom z marginesu, prostytutkom bądź homoseksualistom, ewentualnie biedocie z Afryki. Ty jesteś poza wszelkim podejrzeniem.

A to, że raz czy dwa przytrafił ci się seks z kimś nowym bez prezerwatywy, to przecież nic takiego, od tego się nie umiera.

Faktycznie, od seksu się nie umiera, ale na AIDS jak najbardziej. Nie tam, nie gdzie indziej, tylko tu, czasem tuż obok ciebie.

Pierwszy grudnia to dzień walki z AIDS. Na świecie żyje dziś ponad 33 miliony ludzi zarażonych HIV, z czego ponad 2 miliony to dzieci. Niestety, wraz z postępem nie wzrasta nasza wiedza i świadomość w tym temacie. Nadal wydaje nam się, że nas to nie dotyczy, więc po co się martwic.

Służby medyczne w Polsce także nie grzeszą zdrowym rozsądkiem, i nawet wśród ich pracowników nadal pokutują stereotypowe przekonania sprzed 20 lat. Nie zachęcają do badań, a bywa że wręcz odstraszają swoją postawą.

Badałam się na obecność wirusa trzy razy. Raz w Polsce, 13 lat temu w ówczesnym mieście wojewódzkim, i dwa razy w USA.

W Polsce badanie, które wykonywałam było rzekomo anonimowe, ale pani, które je robiła, musiała jakoś sklasyfikować delikwenta. Z góry założono, że tylko osoby z tzw. grupy ryzyka się badają, czyli albo jesteś kurwą albo narkomanką. Ja byłam zwykłą nastolatką, której przytrafił się stosunek bez zabezpieczenia i chciałam zrobić badanie, żeby spać spokojnie. Pani patrzyła na mnie zdumiona, że niby jak to, nie daję sobie w żyłę i nie puszczam się, to po co tracę jej czas i się badam. Musiała mnie wpisać w jakąś rubryczkę, więc chcąc nie chcąc zostałam podciągnięta pod panie, które biorą kasę za seks. Było mi przykro.

Wynik na szczecie okazał się negatywny, ale wysłuchanie pogadanki na temat dzielenia się igłami przy wstrzykiwaniu narkotyków (!!!) było obowiązkowe.

W USA wśród obowiązkowych badań do zielonej karty jest test na HIV. Standardowa procedura. Gdybym była nosicielką to nie dostałabym legalnego pobytu. Kraj ten nie chce ponosić kosztów ewentualnego leczenia chorych imigrantów, zasada ta dotyczy wszystkich groźnych chorób.

Różnica polega na tym, jak wygląda przeprowadzanie testu na HIV. Tutaj priorytetem jest, żeby badający się czuł się komfortowo. Nikt nie zadaje ci niewygodnych czy dziwnych pytań o ryzykowne zachowania, pytają się natomiast o leczenie lekami na bazie krwi i transfuzje.

W stanie Nowy Jork, w szpitalach standardową procedurą jest, że jeśli pobierają ci krew do badań z jakiegokolwiek powodu, to także pytają się czy chcesz wykonać test na nosicielstwo wirusa. Masz wolny wybór, możesz odmówić i nikt na ciebie krzywo nie spojrzy. To samo u ginekologa. Przy pierwszej wizycie u lekarza masz możliwość zrobić to badanie, razem z resztą standardowych testów, jak np. cytologia czy też na obecność chorób przenoszonych drogą płciową. Tutaj nie chodzi o to, żeby kogoś ukarać, nie stosuje się represji, wręcz przeciwnie – chodzi o dobro nas wszystkich.

Jest mnóstwo zarażonych, którzy nie maja o tym pojęcia, a co za tym idzie nieświadomie zarażają dalej. Wirus HIV może „przezimować” sobie w organizmie, bez żadnych objawów nawet 10 lat. To długi czas. W tym czasie można zarazić bliskich, urodzić chore dziecko, zniszczyć życie wielu osobom.

Świat BDSM nie jest wyjątkiem. Poznając partnera czy partnerkę w necie nie wiemy o nim nic. Ten ktoś jest dla nas wielką niewiadomą, nieważne jak bardzo nam się wydaje, że go znamy. Jeśli spotkanie nie wyjdzie, można pójść dalej, ewentualnie pomstując na głupotę swoja lub drugiej strony.

A co jeśli dostaniesz HIV w prezencie?

Ludzie, badajcie się!

 

 

 

Fe jak Feministka

 

Dawno, dawno temu, kiedy byłam głupiutką nastolatką, atrakcyjną dziewczynę nazywano “towar”. Pamiętam, jak idąc grzecznie chodniczkiem usłyszałam za plecami tekst “ale towar”, byłam cała w skowronkach.

Na swoje usprawiedliwienie dodam, że moja rodzicielka za największą tragedie jaka mogła mnie spotkać, uważała staropanieństwo, dlatego od dziesiątego roku życia powtarzała mi, że nie znajdę sobie męża;) Ileż ja się nasłuchałam tekstów w stylu ”

Czytając wypowiedzi polskich celebrytek i innych ważnych pań, dochodzę do wniosku, że nie ma gorszej obelgi, od “feministka”. Nie daj boże, żeby którąś nazwać feministką, bo zaraz się zarzeka, że nie, ależ skądże, feministką to ona nigdy.

Wygląda na to, że w Polsce albo jest się atrakcyjną kobietą, albo feministką. Według polskiej interpretacji feminizmu, jedno automatycznie wyklucza drugie. Jeśli jesteś kobietą, to masz dwie możliwości – albo sexy kociak, albo skrzyżowanie ogra z Pudzianowskim, czyli wojowniczka o prawa kobiet.

Nawet moja ulubiona Kazia Szczuka w jednym z wywiadów prezentowała święte oburzenie, bo naczelny Playboya przyznał, że chętnie zobaczyłby ją na rozkładówce. Kazia uważa, że feministka bez majtek traci godność i aż trzęsła się z oburzenia. Obserwując jej reakcję można odnieść wrażenie, że nie ma nic gorszego, niż zobaczyć w “siostrze” (jak Szczuka nazywa feministki) kobietę, do tego, a fe!, atrakcyjną kobietę.

Przez wiele lat wydawało mi się, że jestem w stanie zrozumieć wszystko, ale biję się w pierś i przyznaję – powyższe przekracza granice mojej percepcji.

Dlaczego bez ubrania nagle mam tracić wartość jako inteligentna kobieta? Dlaczego rzekomo uwłacza mojej godności zrobienie facetowi loda?

A skoro przy robieniu loda jesteśmy… Rozmawiałam z pracującymi ze mną dziewczynami, każda z nas jest z innej części świata i wspólnie doszłyśmy do wniosku, że właśnie seks oralny, obciąganie, robienie loda czy jak tam to jeszcze zwą, jest czynnością najbardziej degradującą kobietę. Nie ma tutaj znaczenia z jakiego kręgu kulturowego pochodzi owa kobieta, tak samo myślą mieszkanki Tajwanu jak i Syberii.

Osobiście uważam za wyjątkowo interesujący fakt, że nie słyszałam o podobnym podejściu do sprawy przez mężczyzn. Po prostu facet robiący minetkę nie dorabia do tego ideologii i oddaje się czarowi chwili, zatapiając język w apetycznej cipce.

Czemu to zwykle my, kobiety charakteryzujemy się dziwną tendencją do utrudniania sobie życia?

Na szczęście nie wszystkie, bo tak się składa, że akurat z koleżanek zza wielkiej wody mogłybyśmy w tej dziedzinie brać przykład.

Rachel Kramer Bussel jest jedną z nich. Miałam okazję poznać tą mocno feminizującą absolwentkę prestiżowego uniwersytetu Berkeley. Dziewczyna ta pracuje jako senior editor w Penthouse Magazine, ale także intensywnie się udziela w organizacjach zajmujących się szerzeniem świadomości seksualnej (sexual awarness). Ma tytuł magistra z Gender Studies, lecz nie ukrywa, że uwielbia spanking i podduszanie podczas seksu. Ma na swoim koncie kilka niezłych antologii traktujących właśnie o BDSM, z czego dwie dotyczą wyłącznie spankingu. Rachel jest zdania, że skoro były gubernator stanu New York, Elliot Spitzer nie ukrywał, że uwielbia przyduszać kobiety podczas seksu, to ona ma do tego takie samo prawo.

W końcu wszyscy jesteśmy równi, nie?

Nasz, kobiet problem, polega na tym, że ciągle nie możemy w to uwierzyć. Wydaje nam się, że dalej, bezustannie i na każdym kroku musimy coś facetom udowadniać.

Jestem feministką i się tego nie wstydzę. I nie zmienia tego fakt, że czasem klęczę przed mężczyzną i robię mu loda, ani to, że bywam rżnięta w tyłek;)

 

 

 

 

 

Wywiad z Kazimierą Szczuką oraz Kingą Dunin:

 

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53665,1947422.html

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,837803.html http://www.magazynrazem.pl/figurski.html  

 

Okiem konkubiny, czyli wolne związki

Wolny związek, konkubinat, związek partnerski, kocia łapa… jak zwał tak zwał, każdy wie o co chodzi. Rzecz rozchodzi się o dwie osoby płci przeciwnej żyjące jak małżeństwo i posiadające wspólne gospodarstwo domowe.

Wielokrotnie zastanawiało mnie, dlaczego słowo „konkubinat” ma pejoratywne znaczenie. Dlaczego słysząc „konkubent” od razu staje nam przed oczami pan o wątpliwej reputacji, nadużywający alkoholu i trenujący boks na swojej wybrance?

Czasem myślę, że prędzej homoseksualiści zmienią prawo na swoją korzyść i będą mogli w jego świetle legalizować swoje związki niż zmieni się negatywny wydźwięk wyrazu „konkubinat”. Dziś w Polsce dużo bardziej na czasie jest zajmowanie się przestrzeganiem i zmiana prawa dla mniejszości homoseksualnych niż marnowanie czasu na debaty nad ułatwieniem życia sporej ilości osób, które tworzą rodzinę, a ich jedynym przewinieniem jest to, że nie dali księdzu koperty, w zamian za święty spokój.

Należy ich ukarać, uprzykrzyć im życie tak, aby będąc traktowani jak obywatele drugiej kategorii, zrażeni trudnościami, pobiegli w końcu i pozwolili usankcjonować swoją miłość panu w sutannie bądź urzędnikowi w USC.

Bo w Polsce nie można żyć normalnie, nie można żyć inaczej, a już na pewno nie można żyć w wolnym związku. Rządzący pracują nad tym bezustannie, przecież zapłodnienie in vitro ma być dostępne jedynie dla małżeństw. Według pana Gowina i jemu podobnych, kobieta nie będąca czyjąś żoną nie ma prawa chcieć zajść w ciążę. Bezpłodność takiej pani to tylko i wyłącznie jej problem, ale wystarczy że wyjdzie za mąż, i nagle będzie miała dostęp do zapłodnienia pozaustrojowego.

Któż to słyszał, żeby samotna kobieta miała prawo decydować sama o sobie, przecież ona musi mieć opiekuna, mądrego faceta przy boku, żeby pomógł podjąć jej życiowe decyzje, których sama z racji swojego ograniczonego umysłu, nie powinna podejmować. Dobrze, że póki co, nie musimy przynosić pisemnej zgody męża zatrudniając się, idąc do lekarza po tabletki antykoncepcyjne czy chcąc wyjechać samodzielnie na urlop.

Osoba żyjąca w stabilnym związku, często posiadając dzieci z partnerem życiowym, który nie jest jej mężem, niewiele może. Nie może dziedziczyć po tymże partnerze nawet, jeśli przez cale życie dorabiali się majątku razem, nie ma prawa do świadczeń socjalnych ani też prawa do adopcji.

Lepiej żeby sierocińce były pełne niż żeby te sieroty były wystawione na demoralizację przez rodziców adopcyjnych, których jedyną winą jest to, że nie mają aktu ślubu. I nikogo nie obchodzi to, ile miłości takie dziecko mogłoby otrzymać od tej pary. Najważniejsze jest, aby mieli ślub.

Uważam małżeństwo za instytucje mocno przereklamowaną, a wiem co mówię, bo mam za sobą dwa. I od razu śpieszę z wyjaśnieniem: nie, nie zostałam porzucona, nie mam do nikogo żalu, wręcz przeciwnie – to ja byłam inicjatorem rozwodu. Jakby się uparł, to za drugim razem mąż w pewnym sensie porzucił mnie, umierając na atak serca, ale mniejsza o detale.

Polska jest w zdecydowanym ogonie Europy, jeśli chodzi o legalizacje związków partnerskich/konkubenckich. Większość cywilizowanych krajów rozwiązała ten problem już jakiś czas temu, nawet dosyć konserwatywna Hiszpania ma regulacje prawne ułatwiające życie parom w niesformalizowanych związkach. Określają one kwestie majątkowe, a także bez większych formalności pozwalają na wcześniejsze ustalenie tego, którego z rodziców nazwisko będzie nosiło potomstwo urodzone w takim związku. Pary takie mogą się również wspólnie rozliczać z podatków, co jest sprawą niemożliwą w Polsce, gdyż wg tegoż prawodawstwa związki partnerskie nie mają zdefiniowanych absolutnie żadnych praw.

Skoro nie mają tychże praw, to oczywistym być powinno, że nie ponoszą odpowiedzialności za zobowiązania finansowe partnera. Otóż i tak i nie.

Urząd Skarbowy interpretuje ta kwestie w całkiem interesujący sposób, czyli mimo niemożności wspólnego rozliczenia podatków, traktuje osobę pozostającą we wspólnym pożyciu jako członka rodziny, który w związku z tym w dużym stopniu odpowiada za zobowiązania podatkowe swojego partnera. To się nazywa schizofrenia urzędu skarbowego. Jesteśmy ale jednocześnie nas nie ma;)

Ostatnio sporo się mówi i debatuje na temat wyższości małżeństwa nad kocia łapą. Te debaty są idiotyczne w kraju, gdzie światopogląd większości kształtowany jest przez mniejszość czerpiącą korzyści finansowe z dyktowania ograniczonym masom tego, jak mają myśleć i w co wierzyć. To tak jakby w Iranie Ahmadinejad nawoływał do respektowania swobód obywatelskich i wolności słowa. Absurdalne w obu przypadkach.

No, ale mamy jeszcze całą społeczną ideologie dorobioną do konkubinatu.

„Przecież jeśli się z tobą nie ożenił, tylko żyje bez ślubu to znaczy, że chce cię tylko wykorzystać, nie zależy mu na tobie”.

„Ty mnie nie kochasz, mama mi powtarza, że jak mężczyzna nie myśli o kobiecie poważnie, to właśnie wtedy żyje z nią bez ślubu.”

„Może byśmy się pobrali, wiesz koleżanki coraz częściej się pytają, kiedy dasz mi pierścionek zaręczynowy.”

„Rodzice mówią, że skoro będziemy mieli dziecko, to powinniśmy wziąć ślub.”

Takie i wiele innych równie romantycznych tekstów jest nierozerwalnie związanych z debatami nad wyższością papierka z USC od bycia ze sobą bez przymusu. Bardzo wielu owych szczęśliwych małżonków z dziką ochotą uciekłoby gdzie pieprz rośnie, gdyby tylko nie ten głupi papierek, który ich trzyma. No bo trzeba pójść do sądu, rozwód wiąże się z komplikacjami, wiec taniej i prościej dzielić mieszkanie z osoba, która od dawna nie wzbudza żadnych uczuć, oprócz złości i irytacji.

Sytuacja szalenie komfortowa, można bezkarnie pluć na tych, którzy mają odwagę żyć razem związani jedynie wolą bycia ze sobą.

Uwaga, kobieta!

Leżę na leżaku, popijam mrożoną herbatę i cieszę się chwila. Tak wygląda praca z domu, a właściwie zza domu, bo tam jest patio, a choć ma być dziś 40 stopni, pogoda jeszcze pozwala na przebywanie na zewnątrz bez groźby rozpłynięcia się. W dobie bezprzewodowego internetu, pracować można właściwie w każdym miejscu, z kawiarni, poczekalni lotniska czy, jak w moim przypadku – przydomowego ogródka.

Ale ja nie o tym chce dzisiaj, nie o tym. Dziś będzie o istocie przewrotnej, podstępnej, ale jakże wiele uroku posiadającej. Nie, nie mam na myśli żmii ani innej oślizgłej gadziny, rzecz będzie o kobiecie. A któż zna kobietę tak dobrze jak inna niewiasta?

Dawno, dawno temu, kiedy poznałam już realia pracy w korporacji, zastanawiałam się, skąd bierze się, jakże niesprawiedliwy trend płacenia słabszej płci mniej. Przyznam, wkurzało mnie to, że kolega na tym samym stanowisku zarabiał o dobre parę tysięcy zielonych rocznie więcej niż ja. Przyszedł jednak moment, że zrozumiałam ukryty sens tego. Nastąpiło to, kiedy szef wszedł akurat do biura w momencie, gdy koleżanka demonstrowała mi ćwiczenia ujędrniające pupę;) Tak, biję się w pierś i przyznaję: nie wykorzystuję każdej minuty spędzanej w pracy na prace właśnie.

No bo jak to? W poniedziałek przez pierwsze dwie godziny nie wymienić się z koleżankami wrażeniami z weekendu? Nie pokazać zdjęć z urlopu? A gdzie rozmowy na czacie, pisanie prywatnych maili, zakupy przez internet? Kiedy ja mam na to znaleźć czas po powrocie do domu? Wtedy to ja zmieniam się w kurę domową, znaczy tę, hmm sukę domową.

I tu rodzi się kolejny problem. Czy współczesnej, wyzwolonej, feminizującej kobiecie w ogóle wolno być kurą domową? I jak pogodzić bycie kurą z jednoczesnym byciem demonem seksu, czego przecież od nas wymaga się także.

Można się w tym wszystkim pogubić, bo i sukces mamy odnosić, i to najlepiej na wszelkich możliwych polach, i powinnyśmy być profesjonalne, do tego cieple, kobiece i seksowne. Zwariować można! Do tego być wierne, skromne i ciche, a także doświadczone, wyuzdane i bez zahamowań kiedy zajdzie taka potrzeba. Toż to kurwa rozdwojenia jaźni można dostać!

Taaak, trochę się w to zaplatałyśmy, po części na własne życzenie. Gdybyśmy tylko nie były takie zakłamane, gdybyśmy odważyły się na odrobinę szczerości z samą sobą.

Tak, jak mówi o tym Arundati, autorka bloga wydanego w formie książki, wielbicielka seksu grupowego:

„Mężczyźni się dziwią – wydaje im się, że kobiety zawsze szukają przede wszystkim czułości, romantyzmu, subtelnych podniet i wyrafinowanej gry – być może większość ale nie wszystkie, a może ta rzekoma większość tylko udaje bo tak wypada? Nie jestem jedyna, rozmawiam z kobietami i daję wam słowo – nie jestem jedyna! Wśród nas też są takie, które traktują seks trochę jak sport a trochę jak jazdę na karuzeli i to wcale nie oznacza, że nie potrafimy kochać, gotować, prasować kołnierzyków i co tam jeszcze jest dla was atrybutem kobiecości. Ale człowiek spotyka kogoś godnego miłości raz na dziesięć lat, a hormony działają 365 dni w roku. I potrzebujemy seksu tak samo jak wy i tak samo jak wy szukamy przygód. Jak mnie denerwują te lamenty, że mężczyźni traktują kobiety jak obiekty seksualne! Przecież kobiety robią dokładnie to samo, tylko się do tego otwarcie nie przyznają – bo są o wiele bardziej zakłamane, nie akceptują swojego pożądania, wilgotnienia, chuci i apetytów. Bo przez wieki wmawiano im, że nie mogą ich mieć, że ich nie mają, a jeśli je mają, to znaczy że są brudne, złe, potępione, niekobiece! Brrr, to ostatnie – niekobiece – to jest chyba to najgorsze z najgorszych.”

Święta prawda, wiele z nas nie akceptuje swojego pożądania, bo tak nas wychowano. Z niejasnych dla mnie powodów, uważa się, że każda powinna mieć mózg sformatowany według identycznego szablonu.

Przede wszystkim chcieć zostać matką, samo przyznanie się do niechęci do macierzyństwa jest uważane niemalże za zbrodnie.

No jak to? Kobieta i nie chce rodzic dzieci? Przecież wszystkie chcą! A jaka niekobieca jest niechęć do posiadania potomstwa, a fe, jak można nie rozpływać się nad konsystencja pierwszych kup! Przecież są takie cudne…

Na domiar złego, jakbyśmy same nie były dla siebie wystarczająco skutecznymi żandarmami, inne panie pilnują nas też.

Zauważą kilka dodatkowych kilogramów i nie zapomną nas o tym poinformować, z satysfakcją dostrzegą zmarszczkę pod okiem czy siwy włos. O tak, możemy wzajemnie na siebie liczyć. Dlatego komplement od innej niewiasty jest jak oaza na pustyni, na wagę złota i zapada w pamięci na długo.

„Ty masz naprawdę niezły tyłek” – usłyszałam pewnego dnia od idącej za mną koleżanki z pracy, starszej o dobre 15 lat i aż się zakrztusiłam z wrażenia. Prawdziwy akt odwagi, rzecz niebywale unikalna wśród naszej płci. Komplement od faceta nie robi na mnie wrażenia, ale od kobiety to cos zupełnie innego.

Komu więc tak naprawdę chcemy się podobać? Przecież to oczywiste – innym kobietom, bo tylko te zauważą prace włożoną w uzyskanie idealnego wyglądu. My po prostu rywalizujemy ze sobą, i im wyżej stoimy na szczeblach drabiny społecznej, tym wyraźniej to widać. Błędne koło się zamyka.

Czasem myślę sobie, że tak jak na ogrodzeniach można zobaczyć napis ostrzegający „Uwaga zły pies”, tak dla dobra kobiet powinno się przyjąć zwyczaj umieszczania tablic ostrzegawczych „Uwaga, kobieta!”. Przecież my niewiasty potrafimy bronić swego lepiej niż niejeden rottweiler.

Write a Comment

XHTML: You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>